sobota, 8 stycznia 2011

Hornets 97: 101 Lakers

Kobe Bryant był niewątpliwie dziś wieczorem największą gwiazdą w Staples. 


 Kiedy trzeba było w końcówce pokazał swoje niezwykłe umiejętności. Podwajany, czy nawet potrajany potrafił znaleźć drogę do kosza. Miał też wsparcie od całego podkoszowego tercetu, co zapowiadało łatwe zwycięstwo. Było jednak inaczej.
Lakers tak jak przewidywano zabezpieczyli paint. Mimo, że nie zwyciężyli w zbiórkach, to w punktach z trumny byli już zdecydowanie górą (50-32). Wszystko to za sprawą znakomitej gry Pau Gasola (21pkt 12zb 7 as 6/8), Lamara Odoma (17pkt 13zb 2 bl 8/15) i Andrew Bynuma (17pkt 5zb 3 bl 7/13). Wszyscy oni dali niezwykłe wsparcie Kobemu. Były to trójkaty ofensywne w perfekcyjnym wykonaniu. O czym świadczy doskonała skuteczność całej drużyny (50,6%). Lecz nie ma co się dziwić, mając tak grających wysokich, wykorzystujących przewagę wzrostu nad rywalami, gra wydaje się łatwiejsza.Na szczęście to co Bryant zaprzepaścił w obronie, z nadwyżką oddał w ataku. Bez jego dwóch bardzo trudnych rzutów nie byłoby tego zwycięstwa. Pokazał, że nadal jest clutch, a jego repertuar zagrań jest przegromny. W końcu mało kto spodziewałby się przecież lewego haka, na nieco ponad minutę do końca i wyniku prawie remisowym.
Ostatnio Kobe wskoczył na 10 miejsce w tabeli najlepszych strzelców w historii NBA, w meczu z Hornets pokonał już Oscara Robertsona i wskoczył na 9 miejsce. Mając taki wachlarz zagrań, kolejne miejsca w tabeli strzelców to będzie tylko formalność. Kolejny do złapania Hakeem Olajuwon (26 946 pkt). Szansa na pościg już w niedziele. Do Staples zawitają New York Knicks, którzy rozbili dziś Phoenix Suns. Zapowiada się niebywale ciekawie!


źródło: lakers.com.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz